Doznanie melodycznej przystępności wśród celnych, życiowych mądrości
Czas mknie w zawrotnym tempie i ani się obejrzałam, a w tym roku mija 10 lat od ukazania się jak do tej pory ostatniej, solowej płyty Tomka Lipińskiego, zatytułowanej To, czego pragniesz. Moim zdaniem ów album nie został należycie doceniony, ja natomiast uznaję go za swego rodzaju kodeks prawd życiowych, odzianych w szatę przystępnych melodii, ale i niekonwencjonalnych, wręcz awangardowych środków ekspresji.
Wciąż pamiętam odsłuch albumu To, czego pragniesz w dniu premiery. Wówczas wspólnie z kolegą ze studiów żywo dyskutowaliśmy o dźwiękowych detalach, drzemiących w owych piosenkach. Po latach ich emocjonalność i szlachetność przemawiają do mnie jeszcze silniej. Płytę rozpoczyna swoiste powitanie – Hej, witaj znów. Masywny, gitarowy riff, zwieńczony niejednokrotnie dostojnymi, kwartowymi skokami, otacza wyrazisty puls sekcji rytmicznej – drapieżnie klangujący bas upiększają zadziorne, perkusyjne uderzenia. Charyzmatyczny głos Tomka Lipińskiego ujmuje łagodnością oraz trudną do werbalnego zdefiniowania głębią. W tekście utworu roi się od nawiązań do wcześniejszych piosenek twórcy, które po dziś dzień uważam za najwspanialsze w historii polskiej muzyki. Pojawiają się bowiem frazy: „żadna centrala nie ocali nas”, „nie dopytuj się, co jest dobre, a co złe”, a także: „jest tylko to, co kto czuje i wie”. Gęstwina melodycznego, półtonowego mroku oplata choćby wers: „ja ci się śnię”. Przenikliwe, długo wybrzmiewające pojękiwania gitary akompaniują dającym do myślenia, opartym na repetowanych dźwiękach pytajnikom: „czy ty wiesz, że my, mamy te same sny”. Półtonowy, niepozbawiony tęsknej melancholii, gitarowy ornament, dodatkowo przyciemniony perkusyjnym szmerem, z galanterią domyka cały utwór. Bluesowy nastrój wyróżnia balladę Dlaczego to ty, w której melodyczny prym wiedzie zaduma tercjowych odległości. Kontrastuje z nimi soczysta chrapliwość dźwięków harmonijki ustnej. Warstwa tekstowa upstrzona jest enigmatycznymi pytaniami oraz szczerymi wyznaniami, na czele z: „jestem tu dla ciebie”, urzekającym majestatycznym crescendem (raptownym zgłośnieniem), które wokalista finezyjnie uskutecznił na pierwszej sylabie ostatniego słowa. Nie brakuje też ascetycznych, gitarowych melodii, skąpanych w industrialnej zawiesinie pogłosu. Moja ulubiona piosenka na recenzowanej płycie nosi wymowny tytuł To tylko kilka słów. Żwawy akompaniament instrumentalny potęguje rockową ekspresję zwrotek. Śpiewne, głównie sekundowe i tercjowe odległości uwydatniają przystępność linii melodycznej. Naszpikowany wściekłością, ale i bezdennym smutkiem potok słów wzmacnia przestrzenny pogłos w zwieńczeniach fraz. Tuż przed refrenem padają jakże autentyczne, subtelnie wykonane wersy: „a ja mam coś innego, co chciałbym ci dać, to tylko kilka słów”. Refren inicjuje precyzyjnie zaśpiewany, rozległy, oktawowy skok, a zapadające w pamięć prawidła skłaniają do wartkich przemyśleń: „miłujcie nieprzyjacioły wasze, błogosławcie tym, co wam złorzeczą; czyńcie pokój na świecie, bo od miecza ginie, kto wojuje mieczem”. Słuchając tego utworu, czuję, że oczekuję od sztuki wygłaszania właśnie tak celnych, uniwersalnych złotych myśli. W kontekście opisywanej kompozycji wspomnę jeszcze o kluczowej roli gitary, wykonującej podniosłe, rozłożone akordy w refrenie, a pomiędzy zwrotkami częstującej nas dynamiczną, chropowatą solówką. Z kolei ostatni refren przypieczętowuje rycerski, wokalny chór, niejako zawieszający całość na kluczowym wyrazie „miłujcie”. Piosenka zatytułowana Sześćdziesiąty ósmy odwołuje nas do tragicznych wydarzeń, które miały miejsce w marcu 1968 roku. Autor tekstu słusznie podkreśla szerzący się na szeroką skalę problem antysemityzmu. Multum filozoficznych prawd podbija motoryka złożonej z niewielu dźwięków, na wskroś minimalistycznej melodii wokalnej oraz wszechobecny, instrumentalny zgiełk, z którego ochoczo wyławiam rozedrgane piski w wysokim rejestrze, należące do elektrycznych skrzypiec.
Nie od dziś znane są udane mariaże Tomka Lipińskiego z szeroko pojętą estetyką reggae. Jednym z nich jest ujmujący lekkością utwór, którego tytuł stanowi groźne ostrzeżenie – Nie idź w tamtą stronę. Pogodny refren nabudowują tytułowe wyrazy, a równomierność pulsacyjnego akompaniamentu gdzieniegdzie urozmaica witalność klawiszowych dzwoneczków. W zwrotkach roi się od wszędobylskich, kwartowych skoków, przełamanych salwami repetowanych dźwięków. Szczególnie druga zwrotka zachwyca przestrzennością bolesnych okrzyków: „hańba” i „zdrada”, stereofonicznie rozlewających się po kanałach. Mistrzostwo szlachetnego operowania przez wokalistę słowem dostrzegam natomiast w zdaniu: „a władza niewładna bezwładnie nami włada”. Mimo ponurej narracji tekstu, promyczek nadziei tli się w melodyjnym fragmencie od słów: „lecz nie dajmy sobie wmówić, że więcej dzieli nas, niż łączy”. Jako ciekawostkę dodam, iż Tomek Lipiński często na koncertach skleja tę piosenkę z jednym ze swoich nieśmiertelnych przebojów – To, co czujesz, to, co wiesz, również noszącym silne znamiona muzyki reggae. Ozdobioną bluesowym sznytem kompozycję Uciekasz… wyróżniają surowe, piękne w swej prostocie, szorstkie akordy gitary. Melancholijna linia melodyczna fascynuje łagodnością subtelnych repetycji wyrazu „chodzisz”. Z kolei w refrenie bacznie śledzę powtórzenia tytułowego słowa, często majestatycznie wznoszącego się ku górze. Domyka je niewesoła konstatacja: „nie możesz uciec od siebie”. Piękną afirmację życia odzwierciedla przebojowy utwór Ku swojemu zdumieniu. Kameralny akompaniament sprzyja rozkwitowi witalnej partii wokalnej. W tekście króluje zachwyt prozaicznymi, egzystencjalnymi czynnościami: „wędruję bezdrożem, obserwuję niebo, popijam czystą wodą kromkę chleba”. Autor poetycko wyraża ponadto jedność z naturą: „jestem traw szelestem”. Od zaśpiewanych delikatnie słów: „słońce zachodzi” można dostrzec refleksje na temat przemijania oraz upływającego czasu. Wiodącą linię melodyczną wielokrotnie zdwajają ekspresyjne dźwięki gitary. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu, jak Tomek Lipiński perfekcyjnie igra z percepcją odbiorców w piosence tytułowej – To, czego pragniesz. Mianowicie instrumentalny wstęp oczarowuje balladową intymnością, rozbrzmiewając w tonacji a-moll, natomiast zaśpiewana tuż po nim zwrotka utrzymana jest w zupełnie innej tonacji – e-moll. Śpiewny liryzm melodii wzmagają niewielkie odległości pomiędzy dźwiękami, a także słyszalne gdzieniegdzie dystyngowane wokalizy, oparte na lapidarnym, opadającym motywie. Znana z instrumentalnego początku utworu tonacja niespodziewanie daje o sobie znać w refrenie, pełnym malowniczych repetycji pojedynczych dźwięków i krzepiącej frazy: „nie, nie bój się”. Moją uwagę przykuwa też gitarowe interludium, urzekające bajkową rozlewnością płynnego legata.
Utwór Trzeba ją wychłostać posiada mocny przekaz i nie chciałabym go w żaden sposób strywializować. Odsyłam więc do niego bezpośrednio, jedynie sygnalizując, że opowiada historię bezbronnej kobiety, zbierającej cięgi za zaznaną krzywdę. Ponurą, dźwiękową ciemność prezentują tu pohukiwania i przenikliwe ornamenty fletu, chrapliwe zgrzyty wiolonczeli oraz ostre niczym sztylet melodie gitary. Nobliwości partii wokalnej dodają opadające, kwintowe skoki w zwieńczeniach poszczególnych fraz. Piosenka Zdrajca dla zdrajców to hołd oddany pułkownikowi Ryszardowi Kuklińskiemu, znanemu szerzej pod pseudonimem „Jack Strong”. Utrzymaną w archaicznym duchu partię wokalną nierzadko tworzą hejnałowe, tercjowe odległości, a całość okala taneczny rytm walca. „Chwała Ci, pułkowniku, żeś ocalił istnień bez liku” – z oddaniem śpiewa wokalista, a jego melodię dopełniają symetryczne i lapidarne motywy basu. Nie brakuje też marszowych uderzeń perkusji, syntetycznych odgłosów wojskowych kroków, czy kostropatych, gitarowych zgrzytów, które wraz z kanonadami hałaśliwych wystrzałów i przeciągłych okrzyków wieńczą utwór. Osobliwym punktem recenzowanego wydawnictwa jest kompozycja Handlarz kupuje. Rozbudowana introdukcja instrumentalna należy do zadziornie skrzypiącej gitary, incydentalnie rozjaśnionej perkusyjnymi dzwoneczkami. Z czasem nakłada się na siebie nieparzyste oraz parzyste metrum. Z owego dynamicznego konglomeratu barw raptownie wyrywa nas wokalista, ascetycznie intonujący tytułowe słowa. Linia melodyczna zwrotek bazuje na motoryce powtarzanych dźwięków, wykonanych śpiewnie, wręcz odrobinę metalicznie. Gitarowe przerywniki spowija niepokojący chłód orientalnych półtonów. Wielce imponuje mi pieczołowitość, z jaką Tomek Lipiński nasyca słowo „butelki” oktawowymi skokami. Repetycjom owego wyrazu wtórują iście szklane pobrzękiwania perkusjonaliów. Epilog całego wydawnictwa nosi spowity frustrującą dezorientacją tytuł Jeszcze nie wiem, co się dzieje. Nagromadzenie egzotycznie brzmiących półtonów i tercji w refrenicznej, wiolonczelowej melodii potęguje uczucie wszechobecnej grozy. Z kolei głos wokalisty brzmi, jakby skrywał się w odłamkach rozbitego lustra lub szyby, dostrzegam w nim jakąś nieopisaną kruchość oraz wątłość. Być może moje wrażenia potęguje fakt, iż w pewnym momencie Tomek Lipiński śpiewa o: „wielkim pałacu luster”. Owemu zamglonemu, przesyconemu wysokimi częstotliwościami wokalowi, towarzyszą czasem jaskrawe postukiwania – miarowe i perliste, niczym padający deszcz. Najprawdopodobniej zostały one zagrane na wiolonczeli. W obrębie opisywanej kompozycji kumulują się różnorodne, instrumentalne kolory – basowa statyczność, wielowarstwowe przestery gitary elektrycznej, blaszane akordy gitary akustycznej, a także świszczące, fletowe ozdobniki. Ostatni, natchniony dźwięk należy do fletu, upiększonego lirycznymi, kropelkowymi motywami klawiszy.
Album To, czego pragniesz Tomka Lipińskiego każdorazowo fascynuje mnie garścią mądrych spostrzeżeń, poetycko i z uczuciem stworzonych przez czułego obserwatora otaczającej nas rzeczywistości. Bunt miesza się tu ze strachem, ale też nadzieją na lepszy czas oraz radością życia. Głęboki głos wokalisty wyróżnia zaduma, choć nie brakuje także czytelnego pierwiastka chrapliwej, na wskroś rockowej ekspresji. W melodiach królują niewielkie odległości pomiędzy dźwiękami, przepełnione niebywałą śpiewnością. Akompaniujący Tomkowi Lipińskiemu muzycy, czyli reprezentujący sekcję rytmiczną basista Piotr Leniewicz i perkusista Karol Ludew, grający w dwóch kompozycjach na wiolonczeli Marcin Krakowiak oraz skrzypek Michał Jelonek, roztaczają przed nami malowniczą, czasem nawet nieco orientalną aurę, dzięki której wszystkie piosenki spaja arystokratyczna nobliwość. Dla mnie opisana powyżej płyta jest symbolem sztuki najwyższych lotów, olśniewającej przystępnością i dobitnie przypominającej o wyznawaniu podstawowych, ludzkich wartości.